Żar leje się z nieba zupełnie nieziemski. Tak jest jednak w całej Polsce więc cierpimy wszyscy. Zimna i mrozu nie lubię ale upałów nie znoszę. Pot, lepiąca się non stop koszulka, ble. Naszło mnie coś ostatnio na przemyślenia (nie wiem czy to czasem nie od tej temperatury), chcę coś zmienić. Mam wrażenie, że życie przelatuje mi przez palce, ciągle się o coś staram a nie wychodzi. Kozy. Mam je tyle lat, od kilku uszlachetniam i buduję moje małe stadko, miałam wielkie plany... a wciąż tylko dokładam. To siano, to zboża trzeba dokupić. To choruje któraś i wet i leki pożerają moją małą rencinę. Ciągle sobie obiecuję, jeszcze tylko to, tylko tamto i będzie lepiej. I nie jest. Nawet chętnych na mleko nie ma. Wszystko przerabiam na serki a i te już nam się przejadły. Tracę cierpliwość do kóz, radość i nadzieję. Nie chcę by cierpiały na tym moje zwierzęta. 8 sztuk to za dużo dla mnie teraz, zdrowie mi szwankuje coraz bardziej, nie daję rady. Muszę coś z tym wszystkim zrobić. Biję się z myślami, ciężko mi podejmować takie decyzje ale czuję, że to jest czas by zająć się sobą wreszcie. Najstarsza koza Łyska ma zostać uśpiona jesienią, Kuba do odstrzału (sprzedaży) choć strasznie mi go żal. Postanowiłam zostawić sobie 3-4 kozy i tu problem, bo które? Te słabe już sprzedane, zostały same fajne. Czwórka młodzieży zostaje do przyszłego roku do sprawdzenia co z nich wyrośnie, Mela? To bardzo wrażliwa i delikatna kozucha, może być jej ciężko przyjąć się w nowym stadzie. Padło na Zuzę. Zuzia ma 1,5 roku, mamę ciągła do 6 miesiąca życia a w 7 zaszła w ciążę. Urodziła w lutym parkę, pięknie sama je wykarmiła i odchowała. Pozwalała się ssać innym koźlętom, istna matka Polka. Sprzedam Zuzię tylko w dobre ręce, nie chcę jej zmarnować.
Obraz
poniedziałek, 29 lipca 2013
czwartek, 25 lipca 2013
Choroba
Dopadło mnie wstrętne przeziębienie. Mnie! W dodatku latem! Rzecz to niesłychana ale cóż. Tydzień z chorym dzieckiem zrobił swoje i złamało mój odporny organizm. Zaczęło się lekkim drapaniem w gardle i jeszcze wtedy miałam nadzieję, że nic gorszego się z tego nie wykręci lecz płonne moje nadzieje. Zmogło mnie w łożu z kaszlem, popierdywaniem i cieknącym nosem. Rano robię tylko obrządek u kóz, wyprowadzam starszyznę na trawę a młodszyzna stoi w domu bo nie mam siły ani chęci się teraz z nimi szarpać. Nie są jeszcze tak karne i usłuchane jak dorosłe kozy więc często i gęsto muszę się za nimi pouganiać po krzakach. Wiem, żałuję im trochę bacika, a małpiszony wspaniale to wykorzystują. Mnie i moje miękkie serce. Tak więc po obrządku kozim, zadaniu zielonki królikowi idę wygrzewać moje stare kości gapiąc się w telewizor.
sobota, 6 lipca 2013
Dwie siostry
No i moi drodzy, sianka pilnuję. Posolone, jak narazie jest dobrze. Sprawdzam, wkładam dłonie do środka balotów ale nie jest nawet ciepłe więc ok. Schnie pięknie w przewiewnej stodole. Nowymi talentami objawia się Zoja, pięknie zagania kozy z krzaków, dzięki temu ja nie muszę się przedzierać przez zarośla. A co najlepsze odwołana wraca natychmiast, myślę coby ją przyuczyć do tego, będzie wspaniałą pomocnicą. Kropcia nie wykazuje takich zdolności ale jak to ujął mój tata, Kropka ma leżeć i pachnieć. Dwie siostry, przyszywane, bardzo różne ale obie kochane. Każda ma to coś, coś innego.
Zoja zmądrzała, uspokoiła się, teraz jest naprawdę super, stateczna (poza chwilami szaleństwa), posłuszna, uwielbia drapanie po szyi. Przypomina mi Maję, zresztą nie bez przyczyny, w końcu to siostry po jednych rodzicach. Kropek to bardziej fiu bździu, szalona, kocha wszystkich, lizusek. Podjęłam sobie za punkt honoru nauczyć się prawidłowego groomingu cocker spaniela angielskiego, nie jest to łatwe ale pomału, z pomocą hodowcy i innych życzliwych osób nauczę się. Główka i uszka wyglądają już całkiem całkiem.
W gospodarstwie przybyło nam kurek zielononóżek i mieszańców z leghornem. Kura zielona nanosiła jajek w niedostępnym miejscu pod tarasem, wysiedziała i wyprowadziła 12 sztuk. Jedne po mamusi zielone, inne po tatusiu białe.
Temperatura nam dokucza, obowiązki swoje codzienne wykonujemy rano, do 10, potem do 16-17 siedzimy w zacienionym pokoju. Ach, tak źle i tak niedobrze. Lubimy narzekać ale taka już nasza polska natura. Za to pozdrawiam wszystkich moich nowych i starszych czytelników. :-)
Nie mogłam się powstrzymać aby nie pokazać zabójczej minki Zojki i mojej kochanej koteczki, 10-letniej Frytki.
Zoja zmądrzała, uspokoiła się, teraz jest naprawdę super, stateczna (poza chwilami szaleństwa), posłuszna, uwielbia drapanie po szyi. Przypomina mi Maję, zresztą nie bez przyczyny, w końcu to siostry po jednych rodzicach. Kropek to bardziej fiu bździu, szalona, kocha wszystkich, lizusek. Podjęłam sobie za punkt honoru nauczyć się prawidłowego groomingu cocker spaniela angielskiego, nie jest to łatwe ale pomału, z pomocą hodowcy i innych życzliwych osób nauczę się. Główka i uszka wyglądają już całkiem całkiem.
W gospodarstwie przybyło nam kurek zielononóżek i mieszańców z leghornem. Kura zielona nanosiła jajek w niedostępnym miejscu pod tarasem, wysiedziała i wyprowadziła 12 sztuk. Jedne po mamusi zielone, inne po tatusiu białe.
Temperatura nam dokucza, obowiązki swoje codzienne wykonujemy rano, do 10, potem do 16-17 siedzimy w zacienionym pokoju. Ach, tak źle i tak niedobrze. Lubimy narzekać ale taka już nasza polska natura. Za to pozdrawiam wszystkich moich nowych i starszych czytelników. :-)
Nie mogłam się powstrzymać aby nie pokazać zabójczej minki Zojki i mojej kochanej koteczki, 10-letniej Frytki.
czwartek, 27 czerwca 2013
Wyścig wygrany
No i udało się, siano zbalotowane i zwiezione do stodoły. Wczoraj od rana przetrząsałam siano na wałkach, co chwilę patrząc z niepokojem w zachmurzone niebo. Przeleciałam całą łąkę trzy razy z widłami i o 17 przyjechał pan z prasą. Szło jak po grudzie, maszyna wciąż się zapychała bo siano wilgotne jeszcze. No ale udało się, potem wraz z mamą woziłam kostki taczkami do stodoły. Teren nierówny, górki, dołki a taczkę trzeba pchać. Robota ciężka ale wyszło tego 100 balotów. Mam jeszcze dwa wozy zeszłorocznego ale dobrego, pachnącego siana luzem, dokupię jeszcze 40-50 sztuk kostek na stryszek nad kozami i myślę, że wystarczy. Snopki trzeba będzie dzisiaj przesypać solą, luźniej wiązane i ułożone, mam nadzieję doschną jeszcze w przewiewnej stodole. Inaczej spleśnieją. Takie to życie rolnika. Nieraz się człowiek napracuje i wszystko na marne. Teraz deszcz może padać, temat siana zamknięty. Czytając bloga znajomej Moniki o jej zmaganiach z gęsiami przypomniały się i moje przygody tyle, że z krową. Było to jakieś 10 lat temu, moi rodzice mieli krowę, rozpieszczoną jedynaczkę. Niunia była czyściutka i pachnąca, w pewnym momencie nosiła nawet kokardy bordowe w białe grochy na rogach i ogonie. :-) Tak dla zabawy. To była dobra krowa tylko czasami totalnie jej odbijało. Ja się jej bałam bo była wielka i nieprzewidywalna. Kiedyś tata polecił mi pójść po nią na łąkę (a było to jakieś 2 km) i przyprowadzić do domu. Poinstruował, że jeśli krowa w drodze się położy to mam się na chwilę schować, to wstanie. No i dobra, idziemy. Niunia idzie grzecznie, za nią stado kóz. W połowie drogi Niunia się kładzie bo przecież się zwierzątko zmęczyło, nóżki zabolały. Proszę, grożę, nic z tego, Niunia nie ma zamiaru wstać.
Zgodnie z instrukcją przykucnęłam za górką i czekam. Minuta, dwie. Wstaję i co widzę? Pył i kurz unoszący się znad galopującej z powrotem na łąkę Niuni. Chce mi się płakać, bo co robić? Kozy same poszły do domu (a jak po drodze wlezą gdzieś w szkodę?), krowa spierniczyła daleko. Wracać za krową czy lecieć za kozami? Pobiegłam za kozami do domu a po Niunię pojechał brat rowerem. :-) Niunia lubiła mnie też straszyć. Innym razem miałam pójść na pastwisko przepalować jędzę ( bo ona jadła tylko mleczyki, jak kwiatuszki się skończyły to był bunt, ryki i trzeba było ją przenieść w inne miejsce), Chwyciłam małpę za kantar, podeszłam spokojnie do palika, wyciągnęłam i idę dalej. Pomału, jak gdyby nigdy nic aby nie zorientowała się, że wolna. Upalowałam. Uff! Udało się. W tym momencie Niunia zaskoczyła, gonić Martę! Ja w nogi, przed siebie byle poza zasięg łańcucha (a ten był długaśny), wkoło same pokrzywy po pas, to nic. Klapki mi z nóg pospadały a ja przez pokrzywy, zdążę? Zdążyłam. :-) Taka małpa z niej była.
Niunia nie lubiła muszek więc w czasie dojenia jedna osoba musiała stać i wachlować królewnę jak egipską Kleopatrę. Respektowała tylko mojego tatę ale i ona musiał przed nią uciekać gdy miała ruję bo była w nim zakochana i ubździła sobie, że byłby dla niej idealnym partnerem. Nie to co my, wstrętne baby służące. Taka to była krowa, rozpieszczona Niunia.
Zgodnie z instrukcją przykucnęłam za górką i czekam. Minuta, dwie. Wstaję i co widzę? Pył i kurz unoszący się znad galopującej z powrotem na łąkę Niuni. Chce mi się płakać, bo co robić? Kozy same poszły do domu (a jak po drodze wlezą gdzieś w szkodę?), krowa spierniczyła daleko. Wracać za krową czy lecieć za kozami? Pobiegłam za kozami do domu a po Niunię pojechał brat rowerem. :-) Niunia lubiła mnie też straszyć. Innym razem miałam pójść na pastwisko przepalować jędzę ( bo ona jadła tylko mleczyki, jak kwiatuszki się skończyły to był bunt, ryki i trzeba było ją przenieść w inne miejsce), Chwyciłam małpę za kantar, podeszłam spokojnie do palika, wyciągnęłam i idę dalej. Pomału, jak gdyby nigdy nic aby nie zorientowała się, że wolna. Upalowałam. Uff! Udało się. W tym momencie Niunia zaskoczyła, gonić Martę! Ja w nogi, przed siebie byle poza zasięg łańcucha (a ten był długaśny), wkoło same pokrzywy po pas, to nic. Klapki mi z nóg pospadały a ja przez pokrzywy, zdążę? Zdążyłam. :-) Taka małpa z niej była.
Niunia nie lubiła muszek więc w czasie dojenia jedna osoba musiała stać i wachlować królewnę jak egipską Kleopatrę. Respektowała tylko mojego tatę ale i ona musiał przed nią uciekać gdy miała ruję bo była w nim zakochana i ubździła sobie, że byłby dla niej idealnym partnerem. Nie to co my, wstrętne baby służące. Taka to była krowa, rozpieszczona Niunia.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Nadzieja powraca
Uff, udało mi się zgrabić siano na wałki. Nie samej oczywiście, pomogli przyjaciele. Jak to mówią przyjaciół poznaje się w biedzie i tak właśnie było. Przyjechali, pomogli, zgrabiliśmy wszystko na długie wałeczki. Teraz aby tylko do środy nie padało to będzie dobrze, prasa już zamówiona, w między czasie będę podrywać siano od ziemi aby dosychało. Zmęczona, upocona i brudna ale bardzo zadowolona dziś jestem. Po pracy wypiliśmy po należnym piweczku, omówiliśmy sprawę grillową i pojechali. Popołudnie zeszło już leniwie, na pstrykaniu foteczek.
Róże marniutkie w tym roku, podżarły je mszyce niestety. Teraz robactwo wybite, mam nadzieję, że następne rozkwitłe pąki będą już ładniejsze.
Róże marniutkie w tym roku, podżarły je mszyce niestety. Teraz robactwo wybite, mam nadzieję, że następne rozkwitłe pąki będą już ładniejsze.
niedziela, 23 czerwca 2013
Wiejska serenada
Dawno nie pisałam o moich psicach a te w między czasie zdążyły dorosnąć. Dosłownie, obie dostały pierwszą cieczkę. Znaczy najpierw Zojka, a kiedy ta skończyła zaczęło się u Kropki. Takie to są uroki posiadania dwóch suk rówieśniczek. I zaczęły się chocki klocki i podchody wiejskich burków. Dziewczyny zamknięte dodatkowo dla bezpieczeństwa na tarasie, Zojka wyje, Kropka szczeka a pod płotem dwaj kawalerowie usiłujący dostać się na posesję. Cierpliwie czekali dzień i noc na jeden drobny błąd z mojej strony, w końcu rano jeden zrobił podkop i biegał po podwórzu. Szczęście, że zapobiegliwie panny w zamknięciu były. Chłopcy jak to chłopy, pokłócili się, pogryźli aż ostał się jeden. Dziewczynki moje zatem wciąż w stanie dziewiczości pozostają choć to, co wyrabiają wieczorami przed 23 do pokazania się nie nadaje. Kropka gorsza, niewyżyta i niezaspokojona, zła wciąż zaczepia Zojkę i prosi patrząc błagalnie i podsuwając tyły. Zojka jeździ na Kropce tak po 5-6 razy i ma dosyć a ta wciąż chce i chce. Ladacznica mała. Upały nas męczą ostatnio, staramy się większość pracy wykonać rano, po czym chowamy się na większą część dnia do zacienionego pokoju. Kozy albo stoją na sianie albo w sadzie pochowane po krzakach. Jak widzę te biedne krowiny stojące w pełnym słońcu na pustym polu bez jednego krzaczka to nerwy mnie biorą. Żal mi bardzo takich zwierząt, to ja kozuchy pod drzewa do cienia, noszę zimną wodę do picia a ludzie niczym się nie przejmują. Ach, taki świat. Ogród w tym roku zieloniutki... od chwastów. Ulewne deszcze podtopiły nam ogród tak, że wejść się nie dało a chwasty rosły niczym niepokojone. Warzywa za to bardziej wrażliwe, lichutkie się zrobiły, pożółkły. Nie wiem ile z tego się uratuje i wyrośnie. Pracuję w winnicy mojej małej, położyłam agrotkaninę chroniącą przed chwastami na jednym wale narazie. Na drugim nie zdążyłam przed deszczami a po w rowie po środku jeziorko się zrobiło. Winorośl rośnie ładnie, w oczach, zawiązują się owoce już. Foteczki wstawię później, teraz kilka portrecików moich dziewczynek.
Króliczek ucieka
No i siano diabli wzieli. Rankiem przeszła gwałtowna burza, łąkę zalało. Nie tylko łąkę zresztą, nie było mnie w domu w tym czasie a zostawiłam otwarte okna u mnie na poddaszu. Pod oknem włączony do prądu dekoder. Gnałam z powrotem na złamanie karku, na szczęście dekoder lekko pryśnięty a dosłownie centymetr obok wszystko doszczętnie mokre. Podłoga, dywan, ława. To wyschnie, z sianem gorzej. Znalazłam wreszcie chętnego do grabienia, wolny będzie dopiero w środę, problem w tym, że nie wiadomo czy do środy będzie co grabić. A nawet jeśli to siano nie będzie już najlepszej jakości. A tak liczyłam na zielone, pachnące ziołami. W takich chwilach tracę z oczu sens tego, co robię. Zresztą nie tylko o siano chodzi, to przysłowiowa kropla przelewająca czarę goryczy. Złożyło się na to i kilka innych problemów. Choroba jastrzębcanek, zmuszona też jestem odmówić wymarzonego koziołka anglonubijskiego z przyczyn ode mnie niezależnych. Myślałam już o nim jak o swoim, wybrałam dla niego imię Leon, mam jego zdjęcia. A teraz muszę powiedzieć- przepraszam, nie mogę. I tą szufladkę, którą uznawałam za od dawna zamkniętą trzeba na nowo otworzyć. Szukać kozła na przyszły sezon, co jest na moim terenie nie lada wyzwaniem. W całym podlaskim chyba nie ma odpowiedniego, znów czeka mnie wyjazd w Polskę, choć tym razem raczej azymut Południe. Mam pewne plany, narazie cichutkie jeszcze, koziołek, którego mam nadzieję zdobyć będzie trochę gorszy od Leona ale lepszy od moich kóz a o takiego mi przecież chodzi. Zobaczymy, do wiosny dużo czasu jeszcze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































