No i doczekałam się pierwszych swoich czekoladek. Nie są co prawda idealnie brązowe jak to mieszańce ale ważne, że zdrowe i śliczne. Pierwsza niespodziankę zrobiła mi Zuzia. Czemu niespodziankę? Bo długo nie wiedziałam czy w ogóle jest w ciąży. To młodziutka koza, pilnowałam jej. Jak to zrobiła? To już pozostanie słodką tajemnicą jej i Kuby. Na szczęście kozucha pięknie wyrosła, do 6 miesiąca życia przy maminym cycusiu a w 7 zaszła w ciążę. Zuzia poradziła sobie pięknie, w dodatku powiła pareczkę. Tu kilka minut po porodzie:
Zuzi towarzyszyła mama Mela. Zuza okazała się dobrą mamą, opiekuńczą. I mleka mimo młodego wieku wystarczyło na wykarmienie bliźniąt.
Kózka ciemniejsza, koziołek jaśniejszy. Tu kilkudniowy bąk:
Jako druga urodziła Bianka. Bianusia dała piękną, dużą kózkę. Kozulka jest długa, duża, wysoka, dostała imię Patka i zostanie w domu.
Duża Patusia:
Tylko tak udało mi się ją przyłapać w bezruchu, na siusianiu.
Następnie zmogło Melę, ma białego, bezrogiego koziołka. Koziołek dostał imię Beniaminek, jest bardzo podobny do mamusi ale charakter odziedziczył po tatusiu. Jest kochanym, milutkim przytulakiem.
Czwarta była Pestka. Poród był trudny. Ilekroć czytałam na kozich forach o problemach przy porodzie drżałam by nie spotkało to mnie. Miałam nadzieję, że mnie to ominie. Niestety, zawsze musi być ten pierwszy raz. Zaczęło się normalnie, skurcze, pojawił się pęcherz płodowy, widziałam już w nim kopytka. Nagle pęcherz pękł, wypłynęły wody płodowe a koźlę się schowało. Skurcze ustały, poczułam, że coś jest nie tak. Czekam. Znów są skurcze, koza prze, dobrze. Idzie główka, niedobrze. Biegnę do domu po poradę, co robić? Wyjdzie głową? Nie, trzeba umyć ręce, cofnąć główkę, spróbować wyciągnąć nóżki. Biegnę do koziarni, cofam główkę, szukam nóżek. Jedna jest, podwinęła się w kolanku, wyprostowałam. Drugiej nie ma, wcięło cho...a. No nie ma. Nie poradzę sobie sama, muszę dzwonić po weta. Ile sił w nogach pędem do domu, do telefonu. Nie mogę się dodzwonić. Muszę radzić sobie sama. Tato mnie uspokaja, wet nawet jak przyjedzie, może być za późno, on ma wielką łapę, porozrywa kozę, spróbuj jeszcze raz. Z powrotem do koziarni, wchodzę a tu z koziego tyłka patrzy na mnie maluch. I pobekuje ale słabnie. Trzeba działać szybko. Na zewnątrz była cała głowa, szyja i jedna nóżka. Na cofnięcie za późno, trzeba ciągnąć. Czekam na skurcz i ciągnę z całej siły. Martwię się, że zrobię krzywdę kozie albo małemu ale co robić??? Chce mi się płakać, tak się tego bałam. UDAŁO SIĘ!!! Wyszła zdrowa kózka. Drugą nóżkę podwinęła całkiem pod siebie w barku dlatego nie mogłam jej wymacać. Kozia dziewczynka i jej mama całe i zdrowe. A oto sprawczyni całego zamieszania:
Cynka jest wesołą, żywiołową i skoczną kózką.
Tu udało mi się uchwycić wszystkie trzy dziewczynki, jakość zdjęć nie najlepsza, robione komórką:
Czekam na jeszcze jeden wykot, najtrudniejszy, mojej staruszeczki Łyski. Ach, trzymajcie ze mną kciuki by poszło szybko i sprawnie.
Obraz
niedziela, 7 kwietnia 2013
sobota, 6 kwietnia 2013
Melancholia
Wyszedłeś rano, kiedy jeszcze spałam. Lekki jak tchnienie pocałunek owiał moje czoło. Uśmiechnęłam się przez sen. Co robiłam tego dnia? Nic szczególnego. Upiekłam twoje ulubione ciasto marchewkowe, posadziłam przed domem pierwsze jesienne kwiaty. Wiał dość silny wiatr, mżyło. Minęło południe a ciebie wciąż nie ma. Zaczęłam się niepokoić, wiem jak lubisz te swoje chwile samotności ale nigdy nie trwało to tak długo. Gdzie jesteś?
Ktoś przyszedł... już wiem...Nie!Nie!Nie! Nie kłam, to nie on!
Zostawcie mnie, zostawcie mnie wszyscy! Idźcie stąd! To nieprawda. Nieprawda.
Klęczę na mokrej ziemi, zaciskam mocno pięści. Paznokcie wbijają się w ciało, ranią mi dłonie. Krew miesza się z błotem. To nic, to nic.
Idę tam, powoli, krok za krokiem. Tu, na brzegu rzeki znaleźli twój aparat fotograficzny. Tylko aparat. Rwący nurt zniósł ciało w dół rzeki, jeszcze go nie odnaleziono.
Poczekam na ciebie, zaczekam aż wrócisz.
Moja twarz zastygła nieruchomo jak odlana w gipsie maska. Wiatr szarpie mokre włosy. Przecież nie zostawię cię tu samego. Wpatruję się tępo w brunatną wodę. Rozpadam się. Chcę krzyczeć, kopać, drapać, gryźć. Chcę lecz nie robię nic. Tylko nieposłuszne łzy wciąż rzeźbią mi policzki. Zaczekam kochany, nieważne jak długo.
Ktoś przyszedł... już wiem...Nie!Nie!Nie! Nie kłam, to nie on!
Zostawcie mnie, zostawcie mnie wszyscy! Idźcie stąd! To nieprawda. Nieprawda.
Klęczę na mokrej ziemi, zaciskam mocno pięści. Paznokcie wbijają się w ciało, ranią mi dłonie. Krew miesza się z błotem. To nic, to nic.
Idę tam, powoli, krok za krokiem. Tu, na brzegu rzeki znaleźli twój aparat fotograficzny. Tylko aparat. Rwący nurt zniósł ciało w dół rzeki, jeszcze go nie odnaleziono.
Poczekam na ciebie, zaczekam aż wrócisz.
Moja twarz zastygła nieruchomo jak odlana w gipsie maska. Wiatr szarpie mokre włosy. Przecież nie zostawię cię tu samego. Wpatruję się tępo w brunatną wodę. Rozpadam się. Chcę krzyczeć, kopać, drapać, gryźć. Chcę lecz nie robię nic. Tylko nieposłuszne łzy wciąż rzeźbią mi policzki. Zaczekam kochany, nieważne jak długo.
piątek, 5 kwietnia 2013
Winnica
Wrzucam jeszcze kilka fotek mojej mini winnicy. Krzewy posadzone są w dwóch rzędach. Pierwszy rząd, 30 sztuk Rondo+Regent posadzone wioną 2011 rok. Drugi rząd, 20 sztuk Solaris posadzone wiosną 2012 rok. Krzewinki młodziutkie ale rosną bardzo fajnie, łozy długie i grube. Teraz czeka mnie formowanie a ja wciąż nie mogę się zdecydować na formę prowadzenia.
Miłość nr 2
To oczywiście uprawa winnych krzewów. Wzięło mnie już tu, na Podlasiu choć teren nie sprzyja tym wspaniałym roślinom. Okres wegetacyjny zbyt krótki. Krzaczków nasadziłam 50 sztuk, 30 czerwonych i 20 białych. Sadzonki zamówione przez internet w bardzo popularnej wśród rodzimych winiarzy szkółce. Czerwone odmian Regent i Rondo posadziłam wiosną 2011 roku, jesienią miałam maleńki zbiór, tzw. kontrolny.
Zebrane kiście oczyściłam z szypułek, wrzuciłam do wiaderka, ugniotłam tłuczkiem do ziemniaków i wsypawszy odmierzoną ilość pirosiarczynu potasu wyniosłam w chłodne miejsce na 24 godziny.
Po tym czasie do miazgi dodałam zaprawione już drożdże winne i postawiłam w ciepłe miejsce na 10 dni. Następnie odcisnęłam gotowy sok przez pieluszkę tetrową i przelałam do balonika. Dopełniłam syropem i zamknęłam rurką fermentacyjną na około 6 tygodni.
Po 6 tygodniach nastąpiło pierwsze zlewanie ( i degustacja przy okazji ), po następnych 4 - drugie zlewanie znad osadu. Ma to na celu wyklarowanie wina. W lutym moja cierpliwość się wyczerpała.
A to właśnie rezultat. Ma duże braki, nie jest jeszcze klarowne ale jak na pierwszy raz myślę, że całkiem niezłe. Wiem teraz ile jeszcze czeka mnie nauki. Za dużo cukru jak na mój smak i wyszło półsłodkie a ja wolę wytrawne. Chcę kupić sobie cukromierz to nie będę robić w ciemno. Inne winko jakie zrobiłam, z powszechnych, podlaskich winogronek wyszło wytrawne jak chciałam, różowe.
Zebrane kiście oczyściłam z szypułek, wrzuciłam do wiaderka, ugniotłam tłuczkiem do ziemniaków i wsypawszy odmierzoną ilość pirosiarczynu potasu wyniosłam w chłodne miejsce na 24 godziny.
Po tym czasie do miazgi dodałam zaprawione już drożdże winne i postawiłam w ciepłe miejsce na 10 dni. Następnie odcisnęłam gotowy sok przez pieluszkę tetrową i przelałam do balonika. Dopełniłam syropem i zamknęłam rurką fermentacyjną na około 6 tygodni.
Po 6 tygodniach nastąpiło pierwsze zlewanie ( i degustacja przy okazji ), po następnych 4 - drugie zlewanie znad osadu. Ma to na celu wyklarowanie wina. W lutym moja cierpliwość się wyczerpała.
A to właśnie rezultat. Ma duże braki, nie jest jeszcze klarowne ale jak na pierwszy raz myślę, że całkiem niezłe. Wiem teraz ile jeszcze czeka mnie nauki. Za dużo cukru jak na mój smak i wyszło półsłodkie a ja wolę wytrawne. Chcę kupić sobie cukromierz to nie będę robić w ciemno. Inne winko jakie zrobiłam, z powszechnych, podlaskich winogronek wyszło wytrawne jak chciałam, różowe.
Miłość nr 1
Moja przygoda z kozami rozpoczęła się w roku 1998. Na początku kozy należały oczywiście do moich rodziców. Pewnego pięknego, słonecznego dnia tata nikomu nic nie mówiąc przywiózł kozę rasy białej uszlachetnionej z dwoma małymi. Była to duża, rogata kozucha z długą brodą. Dostała na imię Baśka. Koziołek został skonsumowany a jego siostrzyczka zwana Średnią została drugą kozą mleczną. Baśka przeżyła u nas 14 lat i przez całe swoje życie była szefową rządzącą stadem twardym rogiem. Była również fajną mlecznicą, dawała w sezonie około 4 l mleka. To niezapomniana koza, przebojowa, żywiołowa no i ta pierwsza. Średnia nie wyróżniała się mlecznością, w dodatku bardzo trudno się ją doiło bo miała twarde strzyki ale za to była wspaniałą matką, dającą w większości kózki. Córki Średniej to w większości wybitne mleczuchy. Pierwsze jej dzieci to siostry bliźniaczki Pixi i Dixi. Pixi niestety miała problemy z płodnością, wielokrotnie poroniła i niestety ostatecznie skończyła w kiełbasie za to Dixi... Była pierwszą "moją" kozą. Dixi zwana również Dzyndzelkiem podbiła moje serducho. Na pastwisko kozy wędrowały dość daleko, zbyt daleko jak na małe i słabe nóżki Dzyndzelka więc nosiłam ją na rękach. Szybko wyrosła na wspaniałą, energiczną kózkę. Dawała około 3,5 l mleka. Nie ma jej już niestety z nami, zachorowała i sąsiad myśliwy zakończył jej żywot jednym strzałem. Chciałam aby umarła szybko i w miarę bezboleśnie. W 2000 roku przyszła na świat najlepsza nasza koza- cudowna Łyska. Biała, bezroga- stąd imię. Największa moja mlecznica- 4,5 l w sezonie. Wspaniały charakter, pieszczocha i przytulanka a jednocześnie spokojna i zrównoważona przewodniczka stada.
Łyska choć już wiekowa ma się dobrze, oprócz braku zębów nic jej nie dolega. Przeciwnie, jest w zaawansowanej ciąży, przed którą, mimo starań nie udało mi się jej uchronić. Wiadomo, w starym piecu diabeł pali. Mój kochany Łysiaczku, żyj jak najdłużej.
W 2003 roku kozy oficjalnie przeszły pod moją opiekę. Niestety robiłam wiele błędów, które wynikały z mojej niewiedzy. Nie miałam pojęcia o kluczowej roli dobrego kozła w stadzie. Kozy były kryte przypadkowymi kozłami "z sąsiedztwa". Skutkiem tego było spore (kilkanaście sztuk) stadko ale raczej marnych kóz. Dopuściłam do inbredu. Kilka lat rolę reproduktora pełnił syn Baśki Jacek. Mój ukochany, wypieszczony koziołek. Nie umiałam się z nim rozstać a on krył siostry i córki. Kozy rodziły się coraz mniejsze i coraz gorsze a ja straciłam zapał i chęć do hodowli kóz. Sprzedałam większość i w 2007 roku, gdy przeprowadziliśmy się na Podlasie przyjechali z nami Baśka z córką Zosią, Łyska i Jacek. Postanowiłam, że nie będę powiększać stada a te, które zostały będą u mnie do końca swojego życia. Łyska przez dwa lata nie miała młodych, Baśka odeszła w wieku 14 lat, Zosia z córeczką niestety inbredową Misią została sprzedana. Została mi Łysa i Jacek. Łyska chorowała, nie chciała jeść, wychudła. Nie miałam pojęcia co jej jest, była odrobaczona, próbowałam dawać witaminy ale ona nie chciała nic jeść, czasem tylko skubnęła trochę śruty. Weterynarz rozkładał ręce. W końcu wpadł na genialny pomysł i podał jej silną dawkę witaminy B w zastrzyku. I to był strzał w dziesiątkę. Koza odżyła, przytyła, dostała rui. Po dwóch latach. Po jednej wizycie u Jacka dostała mleka! Wiosną 2011 roku urodziła pareczkę białasków, Melę i Maniusia. Jacek po raz ostatni został ojcem i po dramatycznych wydarzeniach, o których kiedyś napiszę stracił życie. Wraz z Melą i Mańkiem narodziła się moja nadzieja. Nadzieja na to, że moja pasja nie umarła i mam szansę na odnowę wspaniałego, mlecznego stada. Maniuś zamieszkał u wspaniałych ludzi, w małej hodowli kóz w Berezyszczach. W zamian trafił do nas Maciuś, koziołek bardzo podobny do Jacka, szary z czarnymi skarpetkami i paskiem na grzbiecie. Maciek był u mnie tylko rok, zostawił po sobie śliczną kózkę Zuzię.
Wiosną 2012 roku dokupiłam w zaprzyjaźnionym gospodarstwie w Berezyszczach dwie młode kózki, białą Biankę i brązową Pestkę. Od maja mieszka u mnie również pierwszy mój prawdziwie rasowy koziołek, zakupiony w Instytucie Genetyki w Jastrzębcu Kuba rasy polska barwna uszlachetniona. Tym sposobem moje małe stadko liczy sobie obecnie pięć kóz i koziołka. Oczywiście jest wiosna (choć pogoda na to nie wskazuje) więc trwają wykoty. Moje pierwsze, półrasowe potomstwo. Śliczne, małe czekoladki. Czy można chcieć więcej?
Łyska choć już wiekowa ma się dobrze, oprócz braku zębów nic jej nie dolega. Przeciwnie, jest w zaawansowanej ciąży, przed którą, mimo starań nie udało mi się jej uchronić. Wiadomo, w starym piecu diabeł pali. Mój kochany Łysiaczku, żyj jak najdłużej.
W 2003 roku kozy oficjalnie przeszły pod moją opiekę. Niestety robiłam wiele błędów, które wynikały z mojej niewiedzy. Nie miałam pojęcia o kluczowej roli dobrego kozła w stadzie. Kozy były kryte przypadkowymi kozłami "z sąsiedztwa". Skutkiem tego było spore (kilkanaście sztuk) stadko ale raczej marnych kóz. Dopuściłam do inbredu. Kilka lat rolę reproduktora pełnił syn Baśki Jacek. Mój ukochany, wypieszczony koziołek. Nie umiałam się z nim rozstać a on krył siostry i córki. Kozy rodziły się coraz mniejsze i coraz gorsze a ja straciłam zapał i chęć do hodowli kóz. Sprzedałam większość i w 2007 roku, gdy przeprowadziliśmy się na Podlasie przyjechali z nami Baśka z córką Zosią, Łyska i Jacek. Postanowiłam, że nie będę powiększać stada a te, które zostały będą u mnie do końca swojego życia. Łyska przez dwa lata nie miała młodych, Baśka odeszła w wieku 14 lat, Zosia z córeczką niestety inbredową Misią została sprzedana. Została mi Łysa i Jacek. Łyska chorowała, nie chciała jeść, wychudła. Nie miałam pojęcia co jej jest, była odrobaczona, próbowałam dawać witaminy ale ona nie chciała nic jeść, czasem tylko skubnęła trochę śruty. Weterynarz rozkładał ręce. W końcu wpadł na genialny pomysł i podał jej silną dawkę witaminy B w zastrzyku. I to był strzał w dziesiątkę. Koza odżyła, przytyła, dostała rui. Po dwóch latach. Po jednej wizycie u Jacka dostała mleka! Wiosną 2011 roku urodziła pareczkę białasków, Melę i Maniusia. Jacek po raz ostatni został ojcem i po dramatycznych wydarzeniach, o których kiedyś napiszę stracił życie. Wraz z Melą i Mańkiem narodziła się moja nadzieja. Nadzieja na to, że moja pasja nie umarła i mam szansę na odnowę wspaniałego, mlecznego stada. Maniuś zamieszkał u wspaniałych ludzi, w małej hodowli kóz w Berezyszczach. W zamian trafił do nas Maciuś, koziołek bardzo podobny do Jacka, szary z czarnymi skarpetkami i paskiem na grzbiecie. Maciek był u mnie tylko rok, zostawił po sobie śliczną kózkę Zuzię.
Wiosną 2012 roku dokupiłam w zaprzyjaźnionym gospodarstwie w Berezyszczach dwie młode kózki, białą Biankę i brązową Pestkę. Od maja mieszka u mnie również pierwszy mój prawdziwie rasowy koziołek, zakupiony w Instytucie Genetyki w Jastrzębcu Kuba rasy polska barwna uszlachetniona. Tym sposobem moje małe stadko liczy sobie obecnie pięć kóz i koziołka. Oczywiście jest wiosna (choć pogoda na to nie wskazuje) więc trwają wykoty. Moje pierwsze, półrasowe potomstwo. Śliczne, małe czekoladki. Czy można chcieć więcej?
czwartek, 4 kwietnia 2013
Powitanie.
Jestem Marta, lat obecnie 33, samotna. Nie, nie jestem z tych nowoczesnych singielek. Tak wyszło mi w życiu a ja nie walczę z losem. Dobrze mi tak. Mieszkam u rodziców w małej, podlaskiej wsi i jestem zadowolona. Pochodzę z Pomorza i tak też się czuję, jestem Pomorzanką. Moją wielką miłością są kozy, kozy i kozy. No nie tylko, jeszcze spaniele i winogrodnictwo. Przymierzam się do nauki robienia serów z mleczka moich kochanych kózek. Przymierzam się od jesieni bo przed ich zasuszeniem zdążyłam zrobić dwa sery a'la Koryciński i przyszło mi czekać do wiosny. Dziewcząt jest pięć, jedna staruszka 13-letnia, młoda koza w drugiej laktacji i trzy pierwiastki także na nadmiar mleka narazie nie narzekam, tym bardziej, że maluszki wypijają właściwie wszystko. Taka jakaś dziwna fantazja mnie ogarnęła, swoje sery, swoje wino z pół szlachetnych szczepów. A, chleb jeszcze muszę swój upiec. Taka to ze mnie marzycielka i fantastka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















